Pewna Ciocia sprzedała otrzymany w spadku po nieżyjącym ojcu dom. Wiedząc jednak o moich "bzikach" zadzwoniła z zapytaniem, czy nie chciałabym stamtąd czegoś dla siebie. Skąd w ogóle ta wątpliwość? Oczywiście, że chciałabym!!! I to jak!!! Wsiadłam następnego dnia w samochód i - niczym rakieta - popędziłam prędko, żeby czasem ktoś inny nie przyjechał tam wcześniej i mi niczego nie zabrał. Nikt inny oczywiście nie miał zamiaru przyjeżdżać, a jedynie stuknąć się w czoło, że ja chcę takie graty.
Oprócz wspomnianego domu, Ciocia miała jeszcze letni domek i szereg zabudowań gospodarskich. Tam też nie omieszkałam zajrzeć, czując, że na pewno jest coś, co powinnam wziąć. Nie pomyliłam się. W samochodzie brakło miejsca, bo nie jechałam sama i swoje łupy spakować mogłam jedynie do bagażnika. Mimo, że duży - okazał się 10 razy za mały. Umówiłam się z Ciocią, że pojadę tam jeszcze raz jakimś dostawczym ;-) samochodem po odłożone przeze mnie rzeczy o większych gabarytach.
Wizyta w ciocinej "posiadłości" dała mi wiele do myślenia... Wiedziałam dotąd, że ze mną nie wszystko jest w porządku, ale po wyjeździe tam przekonałam się, że ja jestem chyba na coś poważnie chora. Otóż łapałam się na tym, że momentami (ba! cały czas) zachowywałam się jak opętana! Przegrzebałam każdy kąt jej domu w poszukiwaniu skarbów, niczym poszukiwacze złota na Alasce. Zajrzałam w każdą dziurę. Spotkała mnie również kara - z oglądanego przeze mnie wiklinowego wazonika wyskoczyła mysz!!! Dodam, że nie ma rzeczy, której boję (brzydzę?) się bardziej. Wrzask i pisk słychać było w sąsiedniej wsi. Krzyczałam ze dwie minuty... Moje zbieractwo nie ma granic. To jest jakiś nałóg, coś, co wciągnęło mnie najskuteczniej, jak tylko się da. Zdolna jestem wejść tam, gdzie inni docierają w specjalnej odzieży ochronnej i maskach tlenowych. Jestem oczarowana opuszczonymi (i zapuszczonymi) miejscami. One mnie po prostu najzwyczajniej w świecie zachwycają. Kocham panujący tam bałagan, kurz, brud i wszechobecne pajęczyny... Im większa ruina - tym lepiej. Tym więcej w mojej głowie pomysłów, jak przerobić znalezione w takim chaosie przedmioty i jak zmienić ich wygląd, by mogły na nowo żyć. Wśród innych nie znajduję zrozumienia...Przestałam jednak się tym martwić, bo coraz częściej odwiedzający mnie zachwycają się przerobionymi przedmiotami twierdząc, że to niemożliwe... że tak można... że się dało... że przecież to było do wyrzucenia... ale że jak? A mnie rozczula to ich niedowierzanie, że "z niczego coś"? I że ładne w dodatku. I wcale nie wygląda na zniszczone. I tak dalej i tak dalej... Rozbraja mnie to i jeszcze bardziej zachęca do kontynuowania zbieracko-łowieckiego stylu życia.
































