Wianek już jest. Jest też dostawa świeżych kur. To chyba jakieś szaleństwo. Kurze i wiankowe, rzecz jasna.
Takie gałgankowe lubię chyba najbardziej. Jest jeszcze jajo w zestawie. Na razie jedno, ale do świąt - mam nadzieję - będzie pokaźny zbiór. Póki co - muszę zaangażować rodzinę w dmuchanie ;-) A co! Niech to będą "żywe" jaja.
No i jeszcze jedna rzecz, niesamowita. Pojechałam ostatnio do mojego rodzinnego domu, żeby przewieźć do siebie resztę swoich rzeczy. Nie mogło oczywiście obejść się bez zajrzenia do garażu - a nuż coś znajdę. Nie miałam jednak wielkich nadziei na cenny łup, bo przecież przedmioty się nie rozmnażają, a ja przetrząsnęłam je już nie raz i nie nie dwa. Tym razem jednak było inaczej. Wyobraźcie sobie - rozmnożyły się! Tysiąc razy przechodziłam obok całego klamociarstwa i tego czegoś nie widziałam nigdy! Wiem, nie interesowały mnie wcześniej takie kolory, więc pewnie dlatego nigdy TA rzecz nie pozwoliła mi się zauważyć. Ale tym razem - otwarta na miętowe zdobycze - wykopałam i przygarnęłam. Nie wiem, ile to może mieć lat, ale kolor jest prześliczny! Styl? Może gdyby nie te złote paski... Mimo wszystko jednak wzięłam i będę się uczyć z nimi żyć, bo zestaw to nie byle jaki: Chodzież.
Jak widać - w oczach mojego dziecka - moja mania malowania sięgnęła zenitu!
Pozdrawiam






