poniedziałek, 20 stycznia 2014

6. Moje początki radosnej twórczości...

Często wracam myślami do czasu, kiedy wszystko się zaczęło, ale ostatnio na wspomnienia bierze mnie przy każdej okazji...
Pamiętam jak dziś ten zimowy czas, kiedy po raz pierwszy stwierdziłam, że będę coś robić, by nie zwariować. To był grudzień 2009 roku. Byłam wtedy w ciąży z Jasiem - pierwszym synem. Wpadłam na pomysł, że wykonam dla mojej babci w prezencie gwiazdkowym rodzinny album. Babcia wówczas była w niezbyt dobrym stanie, wszystkiego się można było spodziewać, więc uznałam, że rodzinny album będzie dobrym prezentem, który ocali od zapomnienia rodzinną historię. Dość długo zbierałam materiały, bo chciałam, aby album był spójny i kompletny - babcia bowiem miała troje dzieci, każde z nich 2-3 swoich dzieci, a one z kolei swoje. Musiałam więc zdobyć o każdym informacje i zdjęcia. Nie było to łatwe, bo zdjęcia układałam kategoriami, więc jeśli robiłam np. galerię z Pierwszej Komunii Św., to od razu wszystkich siedmiorga wnucząt. Momentami byłam bardzo zła, bo na niektóre fotografie moich kuzynów czekałam kilka tygodni... Ale w końcu się udało! Okupiony spuchniętymi nogami (siedziałam nad jego robieniem w 7. miesiącu ciąży czasami do 4 nad ranem!) powstał w wielkich bólach. Zaraz po jego zrobieniu bardzo mi się podobał. Teraz, kiedy na niego patrzę - śmieję się po cichu, bo widzę, jaki jest usmarowany klejem, niczym praca ucznia z pierwszej klasy. Nie znałam wtedy jeszcze ani taśmy dwustronnej ;-) ani kleju na gorąco i wszystkie elementy "szły" na klej biurowy, a z jego nadmiaru album zaczął pękać w szwach. Nie było to jednak wtedy ważne. Idea wszystkim się podobała, był pokazywany każdemu, kto przyszedł do babci w odwiedziny i - nieskromnie mówiąc - wiele osób dowiedziało się dzięki niemu różnych ciekawych faktów z życia rodziny, o których wcześniej nie miało zielonego pojęcia. 
Babcia odeszła w następnym roku, album przejął jej syn a mój tata i dumnie nim dysponował. Niedawno taty też brakło... A więc - podaj dalej...
Poniżej pokażę Wam fragmenty mojego "dzieła", ale - wybaczcie - tylko mały jego wycinek, bo jest bardzo osobiste i nie chciałabym upubliczniać nazwisk, dat i nazw miejscowości różnych członków mojej rodziny (nie wiem, czy byliby z tego zadowoleni).









to ja ;-)





Kiedy skończyłam robić babciny album, dalej byłam w ciąży. A ponieważ zostało mi dużo materiałów, stwierdziłam, że muszę gdzieś je wykorzystać. Zaczęłam więc namiętnie robić kartki. Przygoda z nimi trwała dość długo... Robiłam je nieustannie przez rok, powstało ich około 300 i wszystkie "do szuflady". 
A ja tylko dokupywałam akcesoria niezbędne do ich tworzenia. Nikt tego nie rozumiał. "Sprzedaj najpierw te, potem rób następne" - ciągle w uszach mam słowa mojej mamy. Kartek nie sprzedałam. Leżą w pudełku do dziś.  Z niektórych też się dzisiaj śmieję... Są takie dziecinne... Popatrzcie sami.

Bożonarodzeniowe...


 Wielkanocne...


Ślubne...











Urodzinowo-imieninowe...



Gratulacje z okazji narodzin...

Z okazji Chrztu Świętego...

Na Dzień Babci i Dziadka oraz na Dzień Matki...


Później przyszła pora na haft krzyżykowy. Powstało wówczas kilka małych wyszywanek. Wkrótce zaprzestałam i przerzuciłam się na robienie biżuterii. Był to jednak tylko epizod...








Teraz pokochałam decoupage i szycie na maszynie, ale po tym wszystkim, co było do tej pory, sama już nie wiem, jak długo pozostanę im wierna...




2 komentarze:

  1. Kartki są fajne, niektóre pomysłowe :) Jesteś bardzo wszechstronna :) Ale też tak mam, mam ochotę spróbować wszystkiego!

    OdpowiedzUsuń
  2. Najpiękniejszy i najbardziej wartościowy jest album. Kartki są śliczne, ale album rodzinny to skarb.

    OdpowiedzUsuń